Lost 5
Po dwustu-iluś-tam dniach leniwego oczekiwania wreszcie można cieszyć się nowym sezonem serialu, który swego czasu wydawał się rewolucjonizować cały przemysł serialowy na świecie. Wprawdzie już w trakcie któregoś wcześniejszego sezonu zaczynałem dochodzić do wniosku, że seriali rewolucjonizować się nie da, gdyż każda rewolucja zjada swoich ojców i przemienia się w nową modę na sukces. Czy ktoś jeszcze bowiem pamięta, co się działo w pierwszej serii? Każdy z każdym już się tu chyba po mordach bił, każdy do każdego już strzelał, każdy z każdym się przyjaźnił i oddawał niszczącej nienawiści (trochę seksu tylko było mało - jest więc pole do zaorania przez scenarzystów). Cóż więc nowego w piątej serii? Said z Hurleyem, Jack z Benem, Sawyer z Juliet, Kate z Aaronem i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Odświeżyłem sobie zapomniane wątki i zabieram się za drugi odcinek - bardziej tak jakbym się spotykał po latach ze starymi przyjaciółmi, niż jakbym spodziewał się wielkiej ekscytacji.