Zrób mi jakąś krzywdę, Jakub Żulczyk
Zacząłem czytać tę książkę na kacu po jakiejś imprezie, nad ranem, w obcym domu. Wybrałem ją z półki z dwóch powodów: wydawała mi się prosta (a kac jak wiadomo nie znosi zawiłości) i głupia (żebym nie miał oporów przed zostawieniem jej w owym obcym domu w którym zacząłem czytać). Niestety znajomi u których nocowałem porzyczyli mi książkę i… chcąc nie chcąc musiałem zmienić swoje zdanie na jej temat.
W zasadzie to trochę boję się powiedzieć, że jest to kawałek niezłej prozy. Może i nie jest, ale na pewno jest to kawałek prozy który do mnie trafia. Chodzi tu o jakąś dziwną wspólnotę dośwadczeń - jeżdżenie na stopa, koncerty, młodzież alternatywna. W rozważaniach narratora było coś takiego, co od czasu do czasu mi mówiło: ty też mógłbyś to samo pomyśleć. Ogólnie czytało mi się fajnie, ale nie daję gwarancji, że każdemu się spodoba.
Duży minus dla autora za zepsucie jednego z najlepszych zdań w całej książce: ” (…)i ten rodzaj autyzmu, który objawia się geniuszem w jednej tylko czynności” (*) zupełnie niepotrzebnym i psującym całą zabawę dopowiedzeniem: “która objawiała się oczywiście w robieniu loda”. Dla mnie zazwyczaj książka jest tak dobra, jak dobre jest najlepsze zdanie, które zawiera. Zrób mi jakąś krzywdę nie jest więc tak dobrą książką, jaką mogłaby być.
(*) strona 208 wydania które miałem w ręku.